On i ja

Wpisy

  • wtorek, 13 listopada 2012
    • Wielkie oczekiwania

      Filozofia buddyjska opiera się na przekonaniu, że aby osiągnąć szczęście, trzeba pragnąć, jak najmniej. Jakkolwiek logicznie to brzmi, ciężko mi przyjąć tę prawdę, bo jednak wiele rzeczy pragnę i bez tych pragnień moje życie traci sens...

      Zrozumiałam jednak ostatnio, jak świetnie sprawdza się ta zasada w związkach. Jak Pip w "Wielkich nadziejach" Dickensa zaczął się wstydzić siebie i swojego pochodzenia tylko dlatego, że Estella nazwała go zwyczajnym pracującym chłopcem, tak ja zaczynałam patrzeć na mojego Ukochanego oczami innych. Swoimi też patrzyłam, a muszę przyznać, że moje oczy okazały się bardzo wymagające...

      Wymagające do tego stopnia, że zaczęłam dostrzegać więcej wad, niż zalet. Moje nadzieje i oczekiwania rosły. On nie pamięta daty moich urodzin - myślałam, ergo - nie kocha mnie. Nie czyta w moich myślach = nie kocha mnie. Zazwyczaj mówi nie to, co chcę usłyszeć albo nie mówi mi pewnych rzeczy w ogóle. Nie robi mi małych i dużych niespodzianek. Nie liczy się z moim zdaniem. Nie kocha mnie, nie kocha mnie, nie kocha mnie!

      I wtedy słowa Dickensa w końcu do mnie dotarły: "Nie brakuje nam tego, czego nigdy nie oczekiwaliśmy". Postanowiłam zmienić taktykę, bo w końcu Go kocham i nie chcę porzucać tak ot po prostu. Przestałam oczekiwać. No, może nie tak całkowicie i wszystkiego, ale małymi kroczkami. Spróbować cieszyć się tym, co mam, a nie tego, czego mi brakuje.

      I stał się cud. Przestałam chodzić poirytowana, nasze kłótnie ograniczyły się do minimum (niezbędnego minimum), zaczęłam Go bardziej doceniać. I najważniejsze, że zrobiłam to dla siebie. Dla własnego lepszego samopoczucia.

      Nadal się w tym ćwiczę i wiem, że nie zrezygnuję z moich oczekiwań całkowicie (a może...?). Jak w końcu powiedział inny Mędrzec - zanim zaczniesz zmieniać świat, zmień siebie. I chyba rzeczywiście o to w tym wszystkim chodzi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      enka85
      Czas publikacji:
      wtorek, 13 listopada 2012 09:21
  • niedziela, 02 września 2012
    • szczęście?

      Mam czasami wrażenie, że sama jestem swoim największym wrogiem na drodze do szczęścia... Może nie jest idealnie w moim życiu, ale właściwie jest całkiem nieźle. Dlaczego koncentruje się na tym, czego nie mam, zamiast na tym, co mam i co jeszcze mogę zdobyć? Dlaczego nikt nas tego nie uczy? Tak po prostu cieszyć się każdym dniem...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      enka85
      Czas publikacji:
      niedziela, 02 września 2012 09:25
  • środa, 22 sierpnia 2012
    • małżeństwo - refleksje

      Zaniepokoiła mnie moja ostatnia rozmowa "po pijaku" z bliską mi koleżanką... Mówiła o tym, że nie jest szczęśliwa w swoim małżeństwie. Co więcej, jej siostra także czuje, że popełniła błąd zbyt szybką decyzją o ślubie. A nie są to pierwsze osoby z kręgu moich bliskich znajomych, które albo nie są szczęśliwe albo przechodzą lub już przeszły bardziej lub mniej bolesny rozwód. Albo przynajmniej kryzys małżeński, wywołany lub zażegnany zdradą. I zastanawiam się - czy to ja mam tak dziwny krąg znajomych, czy może zawieranie małżeństwa stanowi coraz większy problem.

      Bycie w związku wydaje się czymś względnie prostym, nawet jeśli wiąże się ze wspólnym mieszkaniem i wspólnymi finansami. Kiedy natomiast dochodzi do małżeństwa, wszystko staje się nagle bardzo trudne. Czy to wina tego poczucia, że "to na zawsze" i "z jedną osobą do końca"? Czy dopiero po ślubie ukochany i ukochana odkrywają przed sobą swoje prawdziwe twarze? A może coraz trudniej nam zaakceptować partnera takim, jaki jest? Chcemy mieć wszystko - wspaniałą pracę, idealne małżeństwo, piękne i zdrowe dzieci, wszystko najlepiej uwieńczone wysokim miesięcznym dochodem, ale kiedy życie okazuje się inne, nie mamy sił, żeby ze sobą wytrwać?

      Martwi mnie to z jednego, szczególnego powodu: większość tych małżeństw, które się rozpadły lub zaliczyły solidny kryzys, dotyczą moich znajomych, po których nigdy bym się czegoś podobnego nie spodziewała... I jak tutaj wierzyć, że mój związek jest na tyle stabilny, żeby przetrwać tę szkołę życia, jaką jest małżeństwo?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      enka85
      Czas publikacji:
      środa, 22 sierpnia 2012 16:36
  • wtorek, 17 lipca 2012
    • o przyzwyczajeniu i innych lękach

      W całym tym byciu z kimś przeraża mnie wiele rzeczy. Boję się, że zapomnę o sobie, że za bardzo się poświęcę i będę przez to nieszczęśliwa, boję się, że źle lokuję uczucia - że zostanę zdradzona, porzucona w chwili, w której nie będę się tego w ogóle spodziewała. Boję się, że przestaniemy się o siebie starać i zaczniemy traktować, jak brat i siostra. Boję się w końcu wszystkich moich ciemnym stron, które wychodzą teraz na światło dzienne: zazdrość, zaborczość, niezdolność do kompromisów...

      Jest jednak jedna sprawa, która przeraża mnie najbardziej. Jest nią "przyzwyczajenie". Wiem, że każdy związek w końcu wchodzi w ten etap, kiedy kończy się romantyzm, a zaczyna zwyczajna przyjaźń, przywiązanie i wzajemny szacunek. Czytam jednak wiele blogów różnych ludzi i widzę, że są oni nieszczęśliwi, ale nie mają w sobie tyle sił, żeby zakończyć związek. Są ze sobą z przyzwyczajenia i doskonale zdają sobie sprawę z tego, że rozstanie oznacza zbyt wiele zmian.

      Boję się, że to dosięgnie także mnie... Czy będę w stanie to dostrzec? Czy będę się raczej oszukiwała, że między nami jest nadal przywiązanie? Czy znajdę w sobie siłę i determinację, żeby odejść?

      Z tych właśnie powodów bardzo mnie przygnębiają słowa piosenki Ani Dąbrowskiej "Tylko słowa zostały". Żaden inny utwór nie trafia jednak tak w sedno, jak ten...

      Już nie ma miłości
      Tylko słowa zostały
      Z jej ust płynie banał
      z jego sączy się stek kłamstw co dnia
      przestały już działać
      czary które połączyły ich
      nie dla nich spacery
      kino i kolacje wśród świec

      za dużo rzeczy łączy ich
      by odejść i osobno zacząć żyć
      minuta za minutą czas wciąż mija
      czasu mniej każdego dnia

      już nie ma nadziei
      że któreś z nich się zmieni
      choć miesiąc do wiosny
      dla nich zima trwa przez cały rok
      za późno na plany
      lato znów spędzą w mieście
      już im nie zależy
      wszędzie można samotnym być

      za dużo rzeczy łączy ich
      by odejść i osobno zacząć żyć
      minuta za minutą czas wciąż mija
      czasu mniej każdego dnia

      już nie ma miłości
      tylko słowa zostały
      z jej ust płynie banał
      z jego sączy się stek kłamstw co dnia
      przestały już działać
      czary które połączyły ich
      nie dla nich spacery
      kino i kolacje wśród świec

      za dużo rzeczy łączy ich
      by odejść i osobno zacząć żyć
      minuta za minutą czas wciąż mija
      czasu mniej każdego dnia

      już nie ma nadziei
      że któreś z nich się zmieni
      choć miesiąc do wiosny
      dla nich zima trwa przez cały rok
      za późno na plany
      lato znów spędzą w mieście
      już im nie zależy
      wszędzie można samotnym być 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      enka85
      Czas publikacji:
      wtorek, 17 lipca 2012 14:07
  • sobota, 14 lipca 2012
  • poniedziałek, 11 czerwca 2012
    • Status związku: to skomplikowane

      A propos Facebooka... Pamiętam czasy, kiedy jedynym technicznym środkiem komunikacji między ludźmi był telefon stacjonarny. Kiedy chodziłam do liceum pojawiły się telefony komórkowe, ale jeden sms kosztował chyba ze złotówkę :) A połączenie... Szkoda gadać. Internet też był na tyle drogi, że jeśli ktoś miał do niego dostęp w domu, to instalował sobie program, który niemiłosiernie odliczał na monitorze czas i pieniądze, jakie dosłownie uciekają z każdą sekundą połączenia. Za to kawiarnie internetowe przeżywały swój złoty okres. Nie było portali społecznościowych, ale były chaty i niezapomniany IRC. Rozmarzyłam się...

      Dzisiaj świat wygląda zupełnie inaczej. Pisałam ostatnio o tym, jak odkryłam nowe meandry mojej zazdrości wraz z założeniem przez moja drugą połowę konta na Facebooku. Nie spodziewałam się, że to może mieć dalsze konsekwencje... A jednak. Okazuje się, że kolejnym problemem, kiedy dwoje kochających się ludzi posiada swoje profile na portalu społecznościowym, jest dylemat: zmienić status z "wolny" na "w związku"? A następnie: czy wpisać TĘ JEDYNĄ osobę, jako tę, z którą jesteśmy w związku?

      Na szczęście ja o to nie dbam. Moi najbliżsi wiedzą, z kim jestem w związku i to mi w zupełności wystarczy. Mam jednak wśród znajomych osoby, dla których status związku na Facebooku jest czymś niezwykle ważnym. Kiedyś trzeba było pójść na kilka randek, złapać się za ręce i przede wszystkim SPYTAĆ: Czy będziesz moją dziewczyną? Dzisiaj ten romantyzm się zaciera. Dziewczyny czekają po prostu na zmianę statusu. A jeśli w dodatku do nowego statusu ich wybranka zostanie przypisane ich imię i nazwisko - są w siódmym niebie i mogą głośno mówić o swoim związku jako fakcie.

      Również w chwilach wątpliwości status na Facebooku wiele może rozjaśnić. Na przykład po kłótni. Niekiedy trudno powiedzieć, czy kłótnia była "tą ostatnią", czy tylko jakimś przejściowym nieporozumieniem. Wówczas wystarczy zalogować się na portalu i sprawdzić - czy status ukochanego/ukochanej się czasem nie zmienił. Bywa, że jest to zabieg nadmiernie wykorzystywany, a jego najważniejszym celem jest po prostu zranienie drugiej osoby. Nie jest to więc tak do końca miarodajne. No, chyba że zmianie statusu towarzyszy "zablokowanie użytkownika". Wtedy wiadomo, że sytuacja wygląda kiepsko.

      I zastanawia mnie tylko jedna rzecz - czy my naprawdę potrzebujemy tych wszystkich środków, które ktoś nieopatrznie nazwał środkami "komunikacji"? Bo komunikacji jest tutaj bardzo niewiele. Przeciwnie, nieopatrzne zachowanie się na własnym profilu może powodować dalszą lawinę nieporozumień. Pamiętam, jak ludzie kłócili się między sobą, bo nie zrozumieli intencji smsa. Bo na przykład zabrakło "uśmieszka" albo "uśmieszek" przez przypadek "wpisał się" jako "smutek" albo - nie daj Boże - "płacz".

      Smutnym podsumowaniem moich ostatnich spostrzeżeń jest myśl, że powrotu do przeszłości już nie ma. Jedyny pozytyw, jaki w tym widzę, to zwyczajny ludzki rozsądek, który - mam nadzieję - zmusza nas do traktowania pośrednich dróg "komunikacji" z przymrużeniem oka ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      enka85
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 11 czerwca 2012 09:42
  • poniedziałek, 28 maja 2012
    • my i facebook

      Facebook to wcale nie taki świetny wynalazek, jak by się mogło wydawać - z pewnością nie dla tak zazdrosnej i w swojej zazdrości wręcz paranoidalnej osoby, jak ja. Mój ukochany dołączył ostatnio do facebookowej społeczności i chociaż sama go do tego namawiałam już od dawna, teraz zmieniłam swoje podejście o 180 stopni.

      Zaczęło się oczywiście od tego, że wśród jego nowych znajomych coraz szybciej rosła liczba zaproszonych koleżanek. Ponieważ nie chcę słyszeć o jego życiu przede mną, nie mam pojęcia, z którą z nich mojego ukochanego łączyło kiedyś cokolwiek. Później pojawiały się pierwsze komentarze pod zdjęciami i na ścianie. To jeszcze nie był wielki problem, bo każdą z tych komentujących mogłam po prostu "sprawdzić", wchodząc na ich profil. Oczywiście większość jest poblokowana, ale zazwyczaj zdjęcie i miejsce zamieszkania już mi wystarczają, żebym była spokojna. Tym, co mi się nie podoba i wywołuje protest, to fakt, że odkąd mój ukochany pojawił się w internecie, zaczęły się telefony od starych znajomych (płci żeńskiej), wypytujących co tam u niego słychać.

      I tylko mówię sobie, że to przeminie. Na początku istnienia nowego profilu zawsze jest wielkie zamieszanie, ale potem wszystko cichnie, wszyscy się uspokajają. Mój zdrowy rozsądek każe mi trzymać swoje uczucia na wodzy. Bo przecież mu ufam. Ale przestrzegam - Facebook i związek to zła mieszanka, zwłaszcza jeśli jeden z partnerów ma tendencje do nieuzasadnionej zazdrości. I chociaż nie pochwalam tego, to teraz rozumiem, dlaczego niektórzy faceci moich koleżanek wręcz zabraniają im posiadania własnego profilu, idąc na drobny kompromis i zakładając jeden wspólny profil dla ich "związku".

      A ja póki co czekam aż burza przeminie...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      enka85
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 28 maja 2012 09:48
  • niedziela, 20 maja 2012
    • frenemies

      Istnieje w języku angielskim taki neologizm, jak 'frenemies', który jest zlepkiem słów 'friends' i 'enemies'. Oznacza mniej więcej to, że nasze przyjaciółki są jednocześnie naszymi wrogami. Jak to możliwe? No cóż, obserwując moje relacje z niektórymi bliższymi koleżankami, dochodzę do wniosku, że ma to ścisły związek z ...mężczyznami. I wcale nie chodzi mi o to, że nasze przyjaciółki chcą nam "odbić" faceta, czy przynajmniej zaciągnąć go do łóżka. Mam raczej na myśli te koleżanki, które nieustannie oceniają nasz związek i naszego mężczyznę.

      Przykład z mojego życia:

      Kiedyś mój ukochany wybrał się na piwo ze swoim dobrym kolegą. Kiedy zmieniali lokal, natknęli się na moją przyjaciółkę, która od razu zapytała, gdzie ja jestem. Na odpowiedź mojego mężczyzny, że jestem w domu, mojej przyjaciółce zrzedła mina i - jak mi później odpowiadał - miał wrażenie, że patrzyła na niego oceniającym wzrokiem, bo nie mogła zrozumieć, jakim cudem on się bawi, podczas gdy ja siedzę w domu.

      Pamiętam, że bardzo to przeżywałam, bo nie chciałam, żeby myślała, że coś w moim związku jest nie tak. Nawet szukałam pretekstów, żeby poruszyć ten temat i się wytłumaczyć, że nie mam nic przeciwko, żeby mój ukochany czasami spędzał wieczory w męskim towarzystwie. Aż w końcu sama musiałam siebie przystopować. Zaczęłam wtedy zastanawiać się nad tym naszym, chyba wrodzonym, ocenianiu. I muszę przyznać, że od tamtej sytuacji wyłapałam kilka podobnych.

      I zastanawia mnie tylko jedna rzecz. Czy to rzeczywiście jest tak z nami, kobietami, że musimy trochę na innych patrzeć przez pryzmat wartościowania, czy wynika to raczej z tego, że same nie czujemy się w swoim związku dobrze i musimy się trochę podbudować, krytykując - chociażby tylko w swoich myślach - relacje innych?

      I co zrobić z taką 'przyjaźnią'? Porozmawiać? Zignorować problem? Czy zakończyć znajomość?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      enka85
      Czas publikacji:
      niedziela, 20 maja 2012 10:13
  • poniedziałek, 30 kwietnia 2012
    • Tajmnice

      Ostatnie wydarzenia, a raczej nie wydarzenia rzeczywiste, a wytwory mojej wyobraźni, skłoniły mnie do rozmyślań na temat tajemnic w związku. Warto je mieć, czy nie? Czy fakt, że nasz druga połowa wie o nas absolutnie wszystko, jest wyznacznikiem jakiejś intymności między nami? Większej albo mniejszej? Zastanawiam się w końcu, czy rzeczywiście chciałabym wiedzieć o Nim WSZYSTKO. Jak już pisałam wcześniej, zżera mnie zazdrość na samą myśl, że przede mną były inne kobiety w jego życiu. Co jest przecież cholernie głupie.

      Z drugiej strony, chociaż są chwile, w których chciałabym dowiedzieć się o nim o wiele więcej, sama doskonale wiem, że nigdy nie powiedziałabym mu wszystkiego o sobie. Tak na wszelki wypadek. Może za dwieście lat, jak już nasz los jako pary będzie przypieczętowany... To też jest cholernie głupie, prawda?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      enka85
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 30 kwietnia 2012 08:35
  • wtorek, 24 kwietnia 2012
    • ...

      Moje obawy okazały się wyolbrzymione... Jak to jest, że mężczyźni niby są tacy prości w obsłudze i wszystko jest niby jasne, a jednak doskonale wiedzą, jak podkręcić sytuację i sprawić, żeby kobieta na przykład była zazdrosna? I jak oni to lubią... Tę naszą zazdrość.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      enka85
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 kwietnia 2012 20:31